piątek, 18 listopada 2016

"Doda". Perfekcjonistka i showmanka.


Na scenie każdy Pani występ to swoiste show. Długo trwają przygotowania do niego? 
- Bardzo długo. Przygotowujemy je rok wcześniej, razem z przyjaciółmi odpowiedzialnymi za poszczególne etapy i fragmenty show. Tancerze przygotowują taniec, muzycy oprawę muzyczną, a pirotechnik - pirotechniczną i tak dalej. Fragment po fragmencie. Potem spotykamy się i łączymy elementy  w całość. Następują długie próby tego, jak to wszystko ma współgrać na scenie.

Podczas koncertów śpiewa Pani cały wachlarz  utworów, od najstarszych po najnowsze.
 - Zawsze różnicuję repertuar, który wykonuję. Staram się śpiewać to, co zadowoli każdego ze słuchaczy. Zdaję sobie sprawę, że na koncertach ludzie chcą znaleźć coś dla siebie.

Czy w komponowaniu pomogło Pani to, że kończyła Pani szkołę muzyczną.
-  Nie, myślę, że nie. Jest mnóstwo artystów, którzy w ogóle nie skończyli żadnej szkoły muzycznej, a są  świetnymi artystami. Myślę, że talent ma się w sobie. Wykształcenie muzyczne ani nie przeszkadza, ani nie pomaga.  Czasem wręcz przeszkadza, bo człowiek się stresuje na egzaminach. Nie wyśpi się. Dramat!

W Pani życiu artystycznym było "Studio Buffo", zespół "Virgin" i kariera solowa. Jak te kolejne etapy wpłynęły na Pani karierę?
 - Najbardziej rozwijające było dla mnie "Studio Buffo".  Jako 13. latka stałam się najmłodszą jego aktorką. Ono dało mi dobrą szkołę. Tak  na "dzień dobry", świetny warsztat oraz kontakt ze sceną. Nauczyłam się w ten sposób na niej prosperować, aby mnie nie przerażała. Natomiast w zespole stres rozkłada się na kilka osób. Solowa kariera jest zupełnie inna, wszystko na mojej głowie. Każdy z tych etapów jest ważny, ale nie wiem, który najważniejszy.

 Jest Pani znana z akcji charytatywnych?
 -  Nie chwalę się tym i nie rozpowszechniam tych informacji. Nie robię tego na potrzeby promocji mojej osoby. Nie wiem, dlaczego Pani o tym mówi, że jestem z tego znana? Ale, jeśli jestem, to miło.

 Propaguje Pani to, aby ludzie rejestrowali się jako dawcy szpiku kostnego. Jak zachęcić innych, aby także to robili?
 - Zanim białaczka nie dotknęła kogoś z moich bliskich, nie wiedziałam, o co chodzi. Dopiero, gdy w moim życiu prywatnym rozpętał się horror (przyp. red. chorym na białaczkę był ówczesny partner Dody, wokalista Adam Darski), to rzeczywiście zainteresowałam się. Zrozumiałam, że informacje na temat banku szpiku warto przekazywać dalej, bo ona jest istotna. Tak naprawdę każdy może się jutro obudzić z białaczką, a ratunkiem jedynym może stać się przeszczep szpiku. Dlatego wszystkim, także moim fanom  mówię, żeby zapisywali się w bazie dawców. Im więcej jest tam ludzi, tym większa szansa, że sami sobie kiedyś pomożemy.

 Czy przyjeżdża Pani na Sądecczyznę ?
 - Szczerze mówiąc, mam mało wolnego czasu na wypoczynek. Jeśli już trochę go znajdę, to  proszę mi wybaczyć, ale zawsze jeżdżę do ciepłych krajów. Mam chory kręgosłup i każdy promień słońca działa na mnie zbawiennie.

Dziękuję za rozmowę.  
fot. autorki. 

czwartek, 10 listopada 2016

Joanna Kulig. Z Muszynki na „Czerwony Dywan”



Joasiu, z Muszynki na Czerwony dywan. Trudna to była droga?
- Rzeczywiście, trwało to trochę lat, zanim skończyłam swoją edukację.  A wszystko zaczęło się od Szansy na sukces”, miałam 15 lat, gdy wygrałam ją, a 18 – gdy się przeprowadziłam do Krakowa. Tam stawiałam pierwsze kroki. Szkoła muzyczna, teatralna, później były wygrane castingi, pierwsze filmy. No tak, trochę to trwało. Trudna to była droga. Wymagała samozaparcia, ale też była radosna, bo bardzo lubię rozwijać się i edukować, poznawać nowych ludzi. To takie zdobywanie kolejnych szczytów. Na pewno moje aktorstwo zrodziło się w szkole teatralnej.

Od dziecka marzyłaś o aktorstwie?
- Nie, nie … O aktorstwie nie!  Zawsze myślałam o śpiewaniu, muzyce. Aktorstwo zrodziło się przy okazji. Dostałam się do Szkoły Teatralnej na Wydział Wokalno - Estradowy, gdzie była to bardziej grupa śpiewająca. Zauważył mnie dyrektor Teatru Starego. Wygrałam casting do teatru, zmierzyłam się z aktorstwem. Później reżyserzy przyjeżdżali do szkoły na castingi, taki casting wygrałam. Zagrałam w „Środa, czwartek rano”,  dostałam nagrodę za debiut. Zostałam zauważona przez środowisko filmowe, filmowcy zaczęli mnie zatrudniać.  Aktorstwo wypłynęło zupełnie niespodziewanie. Zupełnie bez marzeń. Inne doświadczenie.



Na ile Szkoła Muzyczna w Krynicy, do której uczęszczałaś pomogła Ci w karierze?
 - Zawsze ciepło myślę o rodzinnych stronach. Z gór czerpię siłę i energię. Rano chodziłam do Technikum Hotelarskiego w Krynicy, a po południu biegłam do Szkoły Muzycznej. To były najwspanialsze chwile! W największej szkolnej sali grałam na fortepianie. Wszystkie swoje marzenia oddawałam w muzyce. Krynicka edukacja muzyczna, którą  kontynuowałam potem w Krakowie, przełożyła się na sukces filmowy. Na wrażliwość i dyscyplinę. Ludzie edukowani muzycznie lepiej słyszą rytmy na scenie

Jakiś czas temu licytowałaś przedmioty na jednym z bali charytatywnych w krynickiej szkole, której jesteś absolwentką. Podkreślałaś, że wzięłaś w nim udział, gdyż sama dużo zawdzięczasz innym ludziom.
 - Sama kiedyś byłam wpierana przez szkołę, gminę w Krynicy i wielu sponsorów prywatnych. Ludzie wspierali mnie finansowo, abym się mogła edukować, kształcić i odniosła sukces. Wiem, jak to jest ważne. Dlatego chętnie biorę udział w takich charytatywnych imprezach. Chcę dzielić się z innymi, bo kiedyś ze mną się podzielono. Zawsze, na miarę możliwości pomagam utalentowanym ludziom, co ułatwia spełniać ich marzenia.

„Sponsoring" był wielkim wyznaniem?
- Wcieliłam się w bohaterkę, która nie ma nic wspólnego ze mną i moimi wartościami. Dlatego było to bardzo trudne wyzwanie, żeby wykreować postać, a przy tym zachować swoją osobowość. To najważniejsze, aby grać i jednocześnie potrafić oddzielić od siebie.

 Czym była dla Ciebie nominacja do nagrody im. Zbyszka Cybulskiego?
 - Znalazłam się w bardzo zaszczytnym gronie aktorów nominowanych. Dla mnie nominacja jest olbrzymim wyróżnieniem i nagrodą.
  
W „Jasiu i Małgosi” zagrałaś czarownicę ?
 - Ciekawe doświadczenie. Nikt mnie w nim nie rozpozna, bo charakteryzacja jest niesamowita. Czerwone włosy, maska bez oka, miałam sztuczną szczękę. Latałem na miotle. Masa efektów specjalnych, krwi. Bardzo dużo prób z kaskaderami, sztuki walki. Zupełnie inna przygoda, wymagała zaangażowania fizycznego niż emocjonalnego i psychologicznego. Film akcji.

 W jakim filmie chciałabyś zagrać?
 - Muzycznym,  w którym zagrałabym szaloną śpiewaczkę operową albo demonicznego wampira, wykonującego arie. Kierunek filmów muzycznych, to kierunek który mnie interesuje.

Jakbyś zachęcała innych młodych ludzi, zwłaszcza z małych miejscowości, aby spełniali  swoje marzenia?
 - Wszystko można osiągnąć. Sukces to wiara w siebie, szukanie możliwości i stypendiów. Bo jedno to pasja i umiejętności, a drugie – wsparcie finansowe. Siła jest w edukacji i pokazywaniu siebie. 

Dziękuję za rozmowę.  
fot. aut.